Na stronie znajdziecie między innymi relację z mojego pobytu wraz z przyjacielem na rocznym stypendium w Kazachstanie. Był to okres licznych podróży po samym Kazachstanie, ale też pobliskim Kirgistanie i Uzbekistanie. Systematycznie pojawiać się też będą relacje z innych podróży. Zasada jest prosta - im bardziej na Wschód od Bugu - tym lepiej:)

Polesie 2012 - czyli gdzie nie jechać załadowanym motorem! cz. 7

Ponieważ poprzedniego dnia padł nam aparat, to siłą rzeczy relacja z ostatniego dnia będzie skrótowa (nie wszystko pamiętam:) ).

Obudziliśmy się mocno zmęczeni, bo całą noc o ściany namiotu dudnił deszcz. Do tego w środku nocy namiot zaczął przeciekać i nad ranem wszystko było wilgotne. Samo życie - na szczęście po powrocie firma Hannah zachowała się przyzwoicie i zwróciła pieniądze. Szkoda tylko, że na rynek puściła produkt, który po kilku użyciach stracił podstawowe właściwości.

Rano oczywiście dalej padało więc po szybkim śniadaniu w namiocie, zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy w stronę miejscowości Kamień, znajdującej się u bram Puszczy Białowieskiej. Nasze miny mówiły wszystko o nastrojach:)

Kiedy tankowaliśmy w Kamieniu pogoda była już dużo lepsza. Kilkadziesiąt kilometrów bez deszczu zdecydowanie poprawiło nam humory. Na stacji spotkaliśmy miejscowego bikera na Intruderze, który organizował właśnie lokalny zlot motocyklowy. Podobno impreza jest w Polsce bardzo dobrze znana i wielu Polaków na nią ściąga. Nie wiem - ja o tym zlocie słyszałem po raz pierwszy:) Mimo namów na zwiedzanie Kamienia (podobno warta obejrzenia jest stara wieża, z której rozpościera się ładny widok na Puszczę), ruszyliśmy dalej w stronę Kamieniuków. Chcieliśmy koniecznie obejrzeć białoruskie żubry:) Po drodze nasze oczy cieszyły mijane widoczki - puszcza pełną gębą :smile:

Same Kamieniuki wypadły jednak dużo słabiej. Miejsce jest strasznie skomercjalizowane. Pełno jest szkolnych wycieczek. Zwierzęta schowane są w oddali i do tego odgradza je potężna siatka przez którą nie bardzo da się nawet coś sfotografować. Na domiar złego zakupione szaszłyki z jelenia okazały się strasznie żylaste - właściwie niejadalne :)

Zatem rozczarowani i głodni opuściliśmy Kamieniuki. Ostatnim celem na Białorusi była miejscowość Wołczyn, której historia nieodłącznie związana jest z osobą króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. W 1938 w krypcie miejscowej kaplicy zostały pochowane, przewiezione z kościoła św. Katarzyny w ówczesnym Leningradzie, zwłoki króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego. Miejsce takie zostało wskazane przez Piłsudskiego, który jak wiadomo nie cenił ostatniego króla Polski i postanowił nadać powrotowi jego ciała do ojczyzny jak najmniejszy rozgłos. A ponieważ w Wołczynie Poniatowski był chrzczony - pretekst był dobry. Niestety ciało króla nie miała spokojnego losu w Wołczynie. Po sprofanowaniu ciała i rozgrabieniu trumiennych skarbów przez miejscową ludność białoruską, resztki szczątek (drobiny kości i fragmenty szat) przez wiele lat dosłownie walały się po podłodze opuszczonego i zamkniętego kościoła. Dopiero w 1988 szczątki króla władze sowieckie wydały Polsce. W 1995 złożono je w krypcie bazyliki archikatedralnej św. Jana Chrzciciela w Warszawie.

Do niedawna wydawało się, że kościół, w którym pochowany był przez kilkadziesiąt lat Poniatowski, czeka zagłada. Znajdował się bowiem w katastrofalnym stanie. Nie do końca znanym mi sposobem ktoś kościołem się zainteresował i trwa właśnie jego intensywny remont. Istnieje całkiem spora szansa, że tak ważne dla naszej historii miejsce, jednak przetrwa.

I to by było w zasadzie tyle tej Białorusi. Wieczór upłynął nam na zakupach w brzeskim hipermarkecie. Zaopatrzywszy się w słuszne ilości czekolady Krasnaya szapoczka i nie mniejsze ilości cukierków Spartakus, mogliśmy ze spokojem udać się na stację i po raz ostatni zatankować paliwo za 2,5 PLN/l.:) Nie tylko z tego powodu na Białoruś warto wracać!!!

Polesie 2012 - czyli gdzie nie jechać załadowanym motorem! cz. 6

DZIEŃ 6

Wstaliśmy wcześnie, bo poprzedniego dnia, ze względu na wszechobecne komary, dość szybko zgasiliśmy ognisko i położyliśmy się do namiotów. Ponieważ narastał bunt załogi, że od kilku dniach jeździmy po wsiach, w których nic nie ma, postanowiłem zaproponować szybki przelot w bardziej cywilizowane tereny:)

Celem był Kosów Poleski, a właściwie pobliska Mereszowszczyzna, w której kilka lat temu, staraniem ambasady USA i PL, zbudowano na nowo drewniany dwór, w miejscu gdzie kiedyś mieszkała rodzina Kościuszków i przyszedł na świat przywódca powstania z 1794 roku. Zanim jednak dotarliśmy na miejsce, naszą uwagę zwrócił stary cmentarz położony tuż przed wjazdem do Kosowa, po prawej stronie drogi. Uwagę przykuwała oryginalna, kamienna kaplica cmentarna. Po chwili spaceru okazało się, że mocno zaniedbany i zarośnięty cmentarz kryje również inne niespodzianki. Za ścianą z traw skrywała się całkiem zadbana mogiła powstańców styczniowych. W 1928 r. przy mogile wystawiono pomnik, na którym wyryto napis: "11 LISTOPADA 1928 R. • W ROCZNICĘ 10-CIO LECIA • NIEPODLEGŁOŚCI • POWSTAŃCOM POLSKIM • POLEGŁYM W 1863 R. • W POWIECIE • KOSOWSKIM – MIESZKAŃCY POWIATU". Chwilę później natknęliśmy się również na mogiłę poległych w wojnie polsko bolszewickiej w 1920 roku. Zaskoczyło nas, że tak dużo nagrobków (również współczesnych) ma napisy w języku polskim. Widać, że miejscowi, chociaż język znają słabo (liczne błędy ortograficzne na mogiłach), to dbają o swoje korzenie.

Z cmentarza ruszyliśmy w stronę Kosowa, w którym warto zobaczyć Kościół katolicki pod wezwaniem Przenajświętszej Trójcy wybudowany w stylu neoromańskim - tu został w 1748 ochrzczony Tadeusz Kościuszko. Niestety kościół był szczelnie zamknięty. Minęliśmy go zatem i skierowaliśmy się już do samej Mereszowszczyzny.

Dworek Kościuszków odbudowany został ze smakiem, z zachowaniem charakteru czasów, kiedy mieszkał tu Tadeusz Kościuszko. W środku znajduje się skromne muzeum, ale będąc już na miejscu na pewno warto tam zajrzeć. Bilety bardzo tanie, jak do większości muzeów na Białorusi.

Stojąc na wprost dworku wystarczy odwrócić się w lewo, by dojrzeć w oddali pałac Pusłowskich - zbudowany w 1838 r. przez Wandalina, neogotycki budynek o imponującej fasadzie usytuowany na wzgórzu. W okresie międzywojennym był siedzibą starostwa kosowskiego. W 1942 r. został spalony przez partyzantów radzieckich i doszczętnie zdewastowany, a rozległy otaczający go park wycięty (teraz rośnie bór sosnowy). Pałac był do niedawna dobrze zachowaną trwałą ruiną robiąca ciągle jednak duże wrażenie. Od kilku lat jest odrestaurowywany, a efekty mamy poznać ok. 2014 roku. Niestety w pałacu ma powstać hotel i centrum konferencyjne i można przypuszczać, że budynek zostanie dość znacznie przebudowany i straci swój zabytkowy charakter.

Po zwiedzaniu nastał czas obiadu i w tym miejscu możemy polecić położoną obok dworku Kościuszków Restaurację "U Tadeusza" - zresztą jedyną w okolicy:)

Tego dnia pogoda wreszcie odpuściła, upał zelżał do 22-23 stopni i zwiedzanie wreszcie zaczęło być przyjemnością. Skierowaliśmy się do odległych o 65 km Różanej - kiedyś gniazda rodowego jednej z linii rodu Sapiehów. Sama miejscowość, ale przede wszystkim rodowy pałac Sapiehów ma bardzo burzliwą historię. Po powstaniu listopadowym, w którym udział wziął Eustachy Kajetan Sapieha, Różana została skonfiskowana przez władze carskie. Wspaniałe obrazy, bogata biblioteka i obszerne archiwum z pałacu zostały wywiezione przez Rosjan do Petersburga, skąd już, jak większość zrabowanego Polsce dziedzictwa kultury, nigdy nie powróciły do Ojczyzny. W styczniu 1919 roku Różanę zajęli bolszewicy. 29 stycznia 1919 roku, po zwycięskiej potyczce, miejscowość została zdobyta przez Wileński Oddział Wojska Polskiego.Różana do rąk rodu Sapiehów powróciła na krótko w roku 1933. Za II Rzeczypospolitej miejscowość była siedzibą wiejskiej gminy Różana. W okresie tym kolejny raz podejmowano próby odrestaurowania pałacu, jednak uniemożliwił to wybuch II wojny światowej. Obecnie pałac pozostaje w ruinie. Władze białoruskie zdecydowały się jednak na gruntowny remont fasady, gdzie znajduje się małe muzeum - niestety jest czynne bardzo krótko i o 16.00 jak się pojawiliśmy było już zamknięte. Mimo fatalnego stanu pałac robi ogromne wrażenie, oddaje skalę potęgi rodu Sapiehów. Wielkość i przepych czuje się do dnia dzisiejszego...

W tym momencie skończyła się bateria w aparacie, ale moment był chyba właściwy:) Pojechaliśmy bowiem obejrzeć jeszcze pałac w Prużanach, ale nie zrobił on na nas wrażenia. Ot po prostu zaniedbany budyneczek w środku miejskiego parku. Za radą miejscowych bikerów zdecydowaliśmy się na nocleg nad miejskim jeziorem. Miejsce było ładne, ale długo się nim nie cieszyliśmy, bo pierwszy raz na wyjeździe spadł deszcze i do tego na tyle intensywny, że nie było sensu wychodzić z namiotu. Kolację zjedliśmy zatem w namiocie, a na następny dzień zaplanowaliśmy trasę po białoruskiej części Puszczy Białowieskiej.

Polesie 2012 - czyli gdzie nie jechać załadowanym motorem! cz. 5

DZIEŃ 5

Dzień zapowiadał się gorący, do tego miejsc na biwak okazało się bardzo malownicze. Postanowiliśmy trochę pozajmować się lenistwem i do 12.00 opalaliśmy się nad jeziorem:) Wreszcie był czas my umyć zaschnięte menażki i samych siebie:) Też nieco zaschniętych:)

Jak już ruszyliśmy, to pojechaliśmy główną drogą do Luninca, a potem na północ. Cel? Cmentarz w Makowie, na którym zachowały się tzw. prikłady. Charakterystyczne dla Polesia drewniane nagrobki, z krzyżem wbitym w pień drzewa. Niestety cmentarz okazał się być w bardzo kiepskim stanie, jedyne prikłady zachowały się na nagrobkach dziecięcych.

Docelowo zmierzaliśmy w stronę jeziora Laktyszy, ale pojechaliśmy nieco okrężną drogą, chcąc zobaczyć jeden z niewielu na Polesiu drewnianych dworów, który dotrwał do dnia dzisiejszego w jako takim stanie. Wszystko dzięki temu, że w budynku dworu od wielu lat znajduje się lokalne przedszkole. W przeciwnym razie dwór dawno popadł by w ruinę, jak to miało miejsce z wieloma innymi zabytkami Polesia.

A na koniec dnia zasłużony odpoczynek, jak zwykle nad jeziorem, do którego nie było dobrego zejścia:)

Tego dnia pękło 200km:)

Polesie 2012 - czyli gdzie nie jechać załadowanym motorem! cz. 4

DZIEŃ 4

Z namiotów wygoniło nas poranne słońce, zapowiadał się kolejny upalny dzień. Rzeka, nad którą się rozbiliśmy, ze względu na bliskość śluzy, nie nadawała się rano do mycia. Wieczorem jak szukaliśmy miejsca na biwak wydawała nam się całkiem czysta:)

Tak czy inaczej z lekkim obrzydzeniem umyliśmy zęby i zabraliśmy się za śniadanie, na które był nieśmiertelny żółty ser z chlebem. Bez masła, ale za to ze średnio pasującym do zestawy ogórkiem:)

Sytuację ratowała jak zwykle odrobina espresso, które piliśmy codziennie dzięki miniaturowej kawiarce wożonej z kufrze:)

Z Pleszewa ruszyliśmy w stronę Pińska, bo nie było innej drogi powrotu do cywilizacji. Na wylotówce z Pińska zatankowaliśmy i ruszyliśmy w stronę Stolina, jednak nie najkrótszą drogą, a wzdłuż Prypeci, by powałęsać się po okolicznych wioskach. Niestety taka jazda szybko się znudziła reszcie ekipy i zostałem przegłosowany:) Postanowiliśmy jechać główną drogą do Stolina. Tam zrobiliśmy większe zakupy, ale samego miasteczka nie oglądaliśmy, bo byłem w nim rok wcześniej i nie zrobiło na mnie wrażenia. Pojechaliśmy zatem bezpośrednio do Dawigródka, po drodze odwiedzając jeszcze stary cmentarz w Horsku.

Dawigródek warto odwiedzić zarówno ze względu na jego historię, jak i niepowtarzalny klimat kresowej, drewnianej mieściny, który nie został zabity w czasach ZSRR. W 1523 roku król Zygmunt I przekazał miejscowość we władanie królowej Bony, która znacznie rozwinęła gospodarczo swoje dobra. W tym też czasie zbudowano w mieście zamek, a do miasta zaczęła napływać ludność żydowska, która zbudowała tu dwie synagogi. Od 1586 roku miasto należało do Radziwiłłów. Zamek został zniszczony przez moskiewskie wojska Dymitra Wołkońskiego w 1655 roku. Wkrótce odbudowany, dzielił się na Zamek Górny z domem mieszkalnym i świątynią oraz Zamek Dolny o przeznaczeniu gospodarczym. Obie części zamku były otoczone fosą łączącą się z rzeką Horyń.

W 1793 roku w wyniku rozbiorów miasto weszło w skład Rosji. Po odzyskaniu niepodległości i wojnie polsko-bolszewickiej miasteczko znajdowało się w składzie II Rzeczypospolitej. Leżało zaledwie 30 km od polskiej granicy z ZSRR. W okresie międzywojennym na terenie ordynacji Dawidgródeckiej książąt Radziwiłłów z Mankiewicz organizowano największe w Polsce i ówczesnej Europie polowania na dziki z zastosowaniem tzw. czerty (forma nagonki z udziałem 800-1000 naganiaczy). Do 17 września 1939 miasto znajdowało się w ówczesnym pow. stolińskim w dawnym województwie poleskim i stanowiło garnizon macierzysty Batalionu KOP „Dawidgródek”. W 1939 zostało włączone w składzie Białoruskiej SRR jako siedziba rejonu. W 1941 roku miasto opanowali Niemcy, którzy wywieźli z niego, a następnie zamordowali prawie wszystkich miejscowych Żydów. W 1944 roku miejscowość została zagarnięte ponownie przez Armię Czerwoną.

W mojej ocenie Dawigródek to jedno z najciekawszych miast Polesia. Dzięki temu, że w czasach ZSRR nie był stolicą regionu, nikt nie ingerował w jego układ przestrzenny i w mieście dominuje drewniana, niska zabudowa.

Ponieważ w Dawigródku byłem już wcześniej, jakoś nie skupiałem się na fotografowaniu:) Zainteresowanych odsyłam do zdjęć jakie przywiozłem z Dawigródka rok temu: http://www.podrozenawschod.pl/category/galeria/weekend-na-bialoruskim-po...

Jeśli komuś przyjdzie nocować w Dawigródku, polecam jedyny w miasteczku, drewniany, pożydowski hotelik. Klimat i wrażenia niezapomniane - w pozytywnym tego słowa znaczeniu, chociaż warunki bardzo skromne.

Czas ruszać dalej, bo słońce coraz niżej nad horyzontem.

Chcemy dotrzeć do oddalonego o 100km od Dawigródka jeziora Kniaź więc rezygnujemy z wałęsania się po wioskach i najkrótszą drogą dojeżdżamy do miejscowości Puchowiczi. Po drodze mijamy dwa zupełnie nieciekawe miasta: Mikaszewiczi i Żitkowiczi, niestety przykład na "udany" sowiecki eksperyment urbanistyczny. Szaro, brzydko, same bloki.

Zupełnie inne wrażenie robi na nas wioska Puchowiczi, która była celem na dziś. Położona jest nad pięknym jeziorem. Jezioro jest co prawda strasznie zabagnione i całkowicie opanowane przez komary, ale udaje nam się znaleźć fajny brzeg na biwak. Mamy wielką nadzieję, że następnego dnia uda się również znaleźć jakieś zejście do jeziora, bo powoli zaczyna doskwierać brak kąpieli:)

Dziś przejechaliśmy ok. 300km, a mam wrażenie, że cały dzień spędziliśmy w siodle. Coraz natrętniej męczy mnie myśl jak niektórzy motocykliści robią przebiegi rzędu 500-600km dziennie i jeszcze przy tym coś po drodze oglądają:)

Polesie 2012 - czyli gdzie nie jechać załadowanym motorem! cz. 3

DZIEŃ 3

Nie wiem dlaczego, ale z każdą kolejną wizytą Pińsk sprawia na mniej coraz gorsze wrażenie. Największe wywarł za pierwszym razem, gdy odwiedzałem go zimą dwa lata temu. Być może in plus działał śnieg, który przykrywał szarzyznę postsowieckiego miasta. Pamiętam, że doszukałem się wtedy wielu polskich śladów, zwłaszcza wzdłuż głównej ulicy miasta czyli Lenina. Ostatnio polskie napisy zniknęły - zostały zamalowane pod pozorem odrestaurowywania fasad budynków. Pałac Butrymowiczów został odnowiony, ale w taki sposób, że zupełnie nie przypomina budowli 18-wiecznej, całkowicie stracił swój charakter, obecnie znajduje się tam pałac ślubów.

Oczywiście będąc na Polesiu trzeba odwiedzić Pińsk, który jest przecież stolicą Polesia Zachodniego, ale nie sposób już tam znaleźć atmosfery, która musiała w mieście panować w dwudziestoleciu. Na rynku, wokół którego koncentrowało się życie polskiego Pińska, straszy teraz jedynie pomnik Lenina. Kościół jezuitów, który stał na rynku i był najwartościowszym zabytkiem Pińska, został wyburzony przez Sowietów w latach 50-tych.

Poniżej dom, w którym urodził się i spędził dzieciństwo Ryszard Kapuściński.

Ponieważ Pińsk nie robił na nas większego wrażenia, postanowiliśmy sobie poprawić humor obiadem. Knajpka wyglądała przyzwoicie, zresztą kiedyś już tam coś jadłem i nie było tak źle. Zresztą nic innego nie było otwarte (1 maja).

Postawiliśmy na białoruski standard: placki ziemniaczane ze śmietaną (tzw. draniki) i nieśmiertelną soljankę. Niestety szczęście nam nie sprzyjało. Soljanka zamiast na mięsie była ugotowana na skórach z kurczaka, a placki, chociaż smaczne, były nieakceptowalnie tłuste:) W związku z tym Pińska mieliśmy powoli dość i postanowiliśmy go jak najszybciej opuścić.

Ruszyliśmy do oddalonej o kilka kilometrów wsi Kudrycze, o której w kilku miejscach przeczytałem, że ze względu na swoje unikalne położenie (pomiędzy rzekami Pina i Jasiołda) przez lata była dość dobrze wyizolowana od świata i dziś przypomina żywy skansen. Popatrzcie zresztą sami.

Spacer po Kudryczach trochę nas wciągnął i zaczynało się robić późno. Postanowiliśmy szukać noclegu, który znaleźliśmy koło pobliskiego Pleszewa - ostatniej miejscowości przy grawijce, która prowadziła tu od Pińska. Dalej była już tylko Prypeć, a żeby wrócić do cywilizacji trzeba było zawrócić.

Tego dnia przejechaliśmy zawrotne 35 km, ale przecież nie o dystans tu chodzi:)

Polesie 2012 - czyli gdzie nie jechać załadowanym motorem! cz. 2

DZIEŃ 2

Noc minęła nam szybko i nim się zorientowaliśmy trzeba było wstawać:) Jak na początek maja było wyjątkowo ciepło. Poprzedniego dnia wypiliśmy resztki wody więc o myciu zębów, herbacie czy śniadaniu nie było mowy:) Zwinęliśmy szybko obóz i ruszyliśmy na poszukiwania kantoru i jakiegoś sklepu.

Najbliższa sbierkasa trafiła się w Małoricie. Potem przyszedł czas na zatankowanie motocykli, bo znając ceny benzyny na Białorusi nie przyjechaliśmy do tego kraju z pełnymi bakami i powoli motory oddychały oparami. Co prawda najlepsza benzyna miała tylko 92 oktany, ale nasze Trampki specjalnie tego nie odczuły. Za to nasze portfele były zachwycone - 2,5zł za litr:) Miłym zaskoczeniem było również, że Trampek, mimo 2 osób na pokładzie, trzech kufrów i sakw na gmolach spalił zaledwie 5,5l. Straszono mnie większym spalaniem przy takim obciążeniu:)

Jeszcze w Małoricie postanowiliśmy wreszcie zjeść śniadanie...

... i zrelaksowani oraz rozleniwieni nie sprawdziliśmy trasy na najbliższe kilometry i zaufaliśmy Autosputnikowi. Miał nas poprowadzić do odległego o kilka kilometrów Dywina, a następnie do Pińska. Początkowo nic nie zapowiadało problemów. Dość szybko zaczęły się szutry, ale ponieważ znałem Białoruś, to specjalnie mnie to nie zdziwiło. Większość mniejszych wiosek na Białorusi połączona jest kocimi łbami lub tzw. grawijką więc nic nie wzmogło mojej czyjności:)

W pewnym momencie, chociaż nawigacja cały czas pokazywała, że jedziemy po głównej drodze, ewidentnie zaczynał się coraz większy piach. Motor, który przecież wiózł dwie osoby i do tego nie mały ciężar, zaczął myszkować i miałem wrażenie, że zaraz zaliczymy jakąś glebę. Dodać trzeba, że nie mam żadnego doświadczenie w jeździe off więc coraz gorsza droga nie wywoływała we mnie ekscytacji, ale lekkie przerażenie:) Nie wiem dlaczego nie zdecydowaliśmy się zawrócić, ale pojechaliśmy dalej, a droga coraz bardziej przypominała kopalnię żwiru. W pewnym momencie zupełnie się skończyła, a nawigacja prowadziła nas przez las na azymut. Plecaczek raz na jakiś czas musiał zsiadać, bo Trampek całkowicie się zakopywał i nie miał siły jechać dalej, Mniej więcej po godzinie takiej walki, oprócz tego, że upał dawał się we znaki, zmęczył się motor, który całkowicie odmówił współpracy. Puszczałem sprzęgło i dodawałem gazu, a motor stał, tak jakby nie miał siły jechać. Pierwsza myśl - wlałem kiepską benzynę, a do tego 92 oktany, bo lepszej mieszanki na stacji akurat nie było. Ale potem chwilę pomyślałem i objawy jednak nie pasowały do chrzczonej benzyny. Telefon do Warszawy do Maćka z Wesołej wskazywał, że problem leży w sprzęgle, co nie wróżyło nic dobrego. Na szczęście, trochę na ślepo, odkręciłem linkę sprzęgła z obu stron, poruszałem nią i motor po kolejnym odpaleniu ruszył. Prawdopodobnie linka gdzieś się przycięła. Odetchnąłem z ulgą, bo kilka godzin pchania motoru po piachu do najbliższej wsi, a potem kilka dni czekania na części jakoś mi się nie uśmiechało. Potwierdziło się, że Trampki się nie psują, a jedynie czasami mają inne plany niż kierowca:)

Przejazd przez las zajął nam ponad 4 godziny. Jak sprawdziłem w nawigacji, w tym czasie przejechaliśmy niecałe 5km:) 400 kg to jednak za ciężko, żeby pchać się w las. Od tej pory nie ufaliśmy nawigacji i szukaliśmy raczej głównych dróg, które zresztą na Białorusi są świetnej jakości i do tego niespecjalnie zatłoczone.

Po wyjechaniu w lasu udaliśmy się do najbliższego sklepu w Dywinie, żeby czegoś się napić, bo woda skończyła się w środku lasu. Tu dygresja praktyczna. W krajach byłego ZSRR woda mineralna czyli minerałka jest straszliwie słona i nie nadaje się ani do picia (paskudny smak), ani tym bardziej do gotowania herbaty. Jedyna woda "bez smaku" to tzw. pitewaja - mało popularna, ale w większych miejscowościach do kupienia. Najczęściej pod marką Bonaqua.

Tyle dygresji, bo wody nie zdążyłem kupić i przybiegła żona, że chce ze mną porozmawiać miejscowa milicja:) Okazało się, że przez las nie wolno było jechać i powinniśmy zostać ukarani mandatem. Na szczęście przydała się znajomość rosyjskiego i po chwili nie było już mowy o mandacie, a jedynie luźna rozmowa jak nam się podoba na Białorusi:) Panowie byli bardzo mili, pokazali nawet jak najkrótszą drogą dojechać do Pińska i w dobrych humorach się rozstaliśmy. Tym samym prysnął kolejny mit Białorusi, jako kraju, w którym milicja szuka tylko pretekstu, żeby zrobić na złość Polakowi:) Oczywiście nie jest to żaden pean na cześć miejscowych władz, ale warto na każdym kroku podkreślać, że milicja nie robi turystom krzywdy i nie trzeba się jej obawiać. Zupełnie odwrotnie niż policji ukraińskiej, ale Ukraina i Białoruś to zupełnie inne bajki:)

W każdym razie w końcu udało mi się kupić wodę i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej. Byliśmy tak wykończeni kilkugodzinną walką z piachem i upałem, że chcieliśmy najkrótszą drogą dojechać do Pińska i tam znaleźć jakiś hotelik z prysznicem. Po drodze minęliśmy Drohiczyn, o którym Grzegorz Rąkowski napisał w "Czarze Polesia", że "jest miejscowością nieciekawą, zupełnie pozbawioną zabytków czy innych ciekawych miejsc". I trudno się z autorem nie zgodzić:)

Do Pińska dotarliśmy ok. 22. Odszukaliśmy hotelik, w którym mieszkałem z żoną w czasie poprzedniego wyjazdu na Białoruś autem. Motory schowaliśmy dzięki uprzejmości właściciela do pobliskiego garażu, zjedliśmy szybką kolację i tyle z tego dnia pamiętamy:) Sen przyszedł błyskawicznie:) Następny dzień miał być spokojniejszy. Do południa zaplanowaliśmy sobie czas na zwiedzanie Pińska, ruszyć dalej chcieliśmy dopiero po obiedzie.

Polesie 2012 - czyli gdzie nie jechać załadowanym motorem! cz. 1

DZIEŃ 1 - STARTUJEMY!!!

Plany jak to plany: powinny być ambitne, ale zwykle i tak zostają tylko na papierze:) Tym razem nie było inaczej. Na zwiedzanie białoruskiego Polesia chcieliśmy przeznaczyć całą majówkę czyli 9 dni. Trasa opracowana była w szczegółach, planowaliśmy przebiegi rzędu 350 km dziennie. Trochę wiosek, trochę szutrów, trochę oglądania zabytków związanych z polskością tych ziem. Niespecjalnie się to udało. Najpierw okazało się, że nie uda się ruszyć w sobotę. Jak już postanowiliśmy, że ruszamy w niedzielę skoro świt, to najpierw zaspaliśmy, a później kilka godzin zajęło nam pakowanie motocykli tak, żeby ciężar się dobrze rozkładał, a motocykl dawał się prowadzić. W końcu była to nasz pierwsza tak daleka wyprawa motocyklowa więc uczyliśmy się na własnych błędach. Nie po raz ostatni zresztą na tym wyjeździe:)

Wreszcie około południa ruszyliśmy. Dość szybko okazało się, że przy 30 stopniach na plusie najprzyjemniejszym elementem jazdy są postoje na chłodne napoje:) Pierwszy postój w Siedlcach.

Dalej trasa wiodła krajową "dwójką" na Terespol więc nic specjalnego się nie działo. Postój w przydrożnej knajpie na obiad był największą atrakcją:) Postanowiliśmy ominąć przejście w Terespolu obawiając się kolejek. Tym razem szczęście nam sprzyjało, bo na pobliskiej granicy w Domaczewie nie było prawie nikogo i odprawa poszła bardzo sprawnie. Około 19.00 byliśmy już po białoruskiej stronie.

Upał i jazda trochę nas zmęczyła więc w pierwszym możliwym miejscu postanowiliśmy zanocować. Pierwszy dzień nie przyniósł wielu emocji, ale miało się to następnego dnia zmienić:) Na koniec kolacja i spać:)

Brasławszczyzna 2011 na zdjęciach

Wykorzystując Mińsk jako punkt wypadowy, wybrałem się autem w czerwcu na weekend na Pojezierze Brasławskie. Rok wcześniej byliśmy tam ze znajomymi na rowerach. Teraz przyszła pora odwiedzić miejsca, na które rowerem nie starczyło czasu. Zapraszam do działu galeria.

Porcja zdjęć z Polesia

Dwa tygodnie temu wróciłem z Polesia i zapraszam do Galerii. Największe wrażenie zrobił na mnie Kosów Poleski - z powodu porozrzucanych po cmentarzu polskich nagrobków. No i oczywiście wioski koło Dawigródka, które coraz bardziej się wyludniają i pewnie niedługo zaczną znikać z mapy.

Trochę zdjęć z Mińska

Trochę zdjęć z Mińska

Korzystając ostatniej niedzieli z kilku godzin kiedy na chwilę w Mińsku przestało padać pochodziłem po mieście z aparatem i zrobiłem trochę zdjęć miasta. Zapraszam do działu Galeria.

Subskrybuj zawartość